wtorek, 23 września 2014

Wyzwanie koktajl

 
 
 
Jakiś czas temu Amica rzuciła mi #WyzwanieKoktajl, które z radością przyjęłam.
Firma przysłała mi tajemniczą przesyłkę, w której znalazłam blender, ananasy w puszcze i list.
 
 
 
Z listu dowiedziałam się na czym zabawa polega, otóż miałam przygotować koktajl, którego składnikiem będzie dołączony produkt, czyli w moim przypadku ananas.
 
 
 
Zmiksowałam przepyszny, bogaty w składniki odżywcze koktajl!

Oto składniki na koktajl (dla 2 osób):- 150 g ananasa (świeżego lub z puszki) ****
- 1 łyżka nasion słonecznika *****
- 330 ml soku z brzozy (mała butelka) – bardzo smaczny i zdrowy sok, gorąco polecam nie tylko do koktajlu ****
- ½ puszki mleczka kokosowego

Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy przez około 1 minutę. Przelewamy do szklanek i gotowe :)
 
 

niedziela, 27 lipca 2014

Pogoń za Wilkiem - relacja z biegu

26 lipca 2014 roku odbyła się druga edycja biegu Pogoń za Wilkiem, organizowanego przez Luboński Klub Biegacza. Jest to bieg przełajowy na dystansie 10 km, trasa prowadzi malowniczymi ścieżkami Wielkopolskiego Parku Narodowego.
źródło: http://www.pogonzawilkiem.lubonskikb.pl/


Nie planowałam startu w tym biegu, ponieważ nienajlepiej znoszę biegi w upale, postanowiłam odpuścić starty w okresie letnim. Tak się jednak złożyło, że pakiet startowy dostałam od Organizatora, nie mogłam więc odmówić ;) A że zwolnił się drugi pakiet, zabrałam ze sobą Anię, która również nie planowała startować, ale zdecydowała się i postanowiła debiutować w tych zawodach.
Umówiłyśmy się na godzinę 8:00 i ruszyłyśmy - kierunek Jeziory, gdzie znajdowało się biuro zawodów oraz start i meta biegu. Zajechałyśmy dosyć wcześnie, nie miałyśmy problemu ze znalezieniem miejsca do zaparkowania samochodu, również pakiety startowe też odebrałyśmy bez najmniejszych problemów.


Pakiet startowy dla odmiany nie zawierał całej sterty makulatury, lecz bardzo przydatne rzeczy:
- daszek
- lampkę czołową led
- opaskę odstraszającą komary o wdzięcznej nazwie "Bzyk Faktor"
- napój izotoniczny
- mapę "Aktywna Trójka" zawierającą trasy trzech aktywności (biegi, nordic walking i narciarstwo biegowe) po Wielkopolskim Parku Narodowym
Całość zapakowana została w praktyczną ekotorbę.
Muszę przyznać, że dawno nie dostałam tak fajnego pakietu startowego :)


Na miejscu dołączyła do nas Zosia z Kobiety Biegają i razem poszłyśmy na start. Od samego rana było bardzo gorąco, bezchmurne niebo i pełne słońce raczej nie zapowiadały ochłodzenia. Pocieszałyśmy się tylko tym, że bieg odbywał się w całości w lesie, więc cień drzew ochroni nas przed słońcem. 


W oczekiwaniu na start
Z Anią ustaliłyśmy, że ponieważ to jej debiut w zawodach, w dodatku specjalnie się do niego nie przygotowała (decyzje o starcie podjęła na dwa dni przed biegiem), pobiegnę z nią, jej tempem. W związku z tym ustawiłyśmy się z tyłu, aby zawodnicy biegnący szybciej nie musieli nas wyprzedzać. Bieg wystartował zgodnie z planem, czyli o godzinie 10.00 i o tej godzinie po raz ostatni widziałyśmy Zosię ;)

Biegłam tempem treningowym, więc mogłam podziwiać widoki. Trasa była piękna, ale bardzo wymagająca. Było błoto, kałuże, piasek, kamienie i wystające korzenie. Upał też dawał się we znaki, pomimo, że nie biegliśmy w słońcu. Jakby tego było mało, na trasie było mnóstwo podbiegów, nie potrafię powiedzieć dokładnie ile, bo po piątym straciłam rachubę :) Nawet przed samą metą był stromy podbieg, na którym zużyłam siły, które zwykle mam na szybki finish ;)


Trasa biegu - WPN
Mimo tak trudnej trasy, Ania biegła bardzo dzielnie. Udało nam się trzymać stałe tempo 6:30 - 7:00 min./km. Ważne dla nas było, aby przebiec całą trasę - bez konieczności przechodzenia do marszu. To nam się udało, maszerowałyśmy tylko dwa razy, na punktach odżywczych, aby porządnie napić się wody i troszkę ochłodzić. 



Na mecie czekały na nas medale, woda i przepyszne drożdżówki. Tak mi smakowały, że zjadłam dwie.

Jestem z Ani bardzo dumna, ponieważ to pod moim okiem stawiała w marcu swoje pierwsze biegowe kroki. Zaczynałyśmy od marszobiegu, stopniowo wydłużając dystans i zwiększając intensywność. Nie spodziewałam się, że tak szybko wystartujemy razem w zawodach :)

W dniu startu Ania obchodziła imieniny, mam nadzieję, że dzięki temu, że tego dnia zdobyła swój pierwszy medal, będzie je długo pamiętać!



Wielkopolski Park Narodowy to nie tylko las, to również jeziora. A po biegu w upalny dzień nie ma nic lepszego niż chłodząca kąpiel w jeziorze! :)



wtorek, 22 lipca 2014

Jak biegać w upale?

Temperatury za oknem tropikalne, upał trudny do wytrzymania, ale przecież nie ma złej pogody do biegania, są tylko słabe charaktery? ;)
A tak całkiem poważnie, biegać można w każdej pogodzie, trzeba się tylko odpowiednio przygotować i słuchać własnego organizmu.

Jeśli chodzi o bieganie w upałach, warto przestrzegać kilku zasad:

1. Pić odpowiednią ilość płynów (woda, herbatki ziołowe i owocowe, herbata zielona, biała, czerwona). Pić należy małymi porcjami przez cały dzień (nie tylko podczas treningu). Łącznie w ciągu dnia powinniśmy wypić 2 - 2,5 litra płynów.

Trzeba pamiętać, aby napój zabierać również na trening, nawet jeśli wybieramy się na krótki dystans. Na rynku dostępna jest cała gama "gadżetów", służących do zabierana napoju na trening - pasy z bidonami, plecaki z bukłakiem, bidony zaprojektowane tak, aby łatwo było je trzymać, ale tak naprawdę wystarczy zwykła, niewielka butelka.
Aby uzupełnić mikroelementy, których pozbywamy się z potem, zamiast wody można wybrać naturalny izotonik, który bardzo łatwo przygotować wg poniższej receptury (proporcje są bardzo ważne).

DOMOWY IZOTONIK
- 1,5 litra wody mineralnej
- sok z całej cytryny
- 1/3 łyżeczki soli morskiej (ważne, żeby użyć właśnie morskiej soli).

Do bidonu polecam nalewać napój przecedzony przez sitko, żeby pestki lub cząstki cytryny nie zatykały ustnika.

2. Po dłuższym biegu (godzina i więcej) warto dodatkowo wypić porcję elektrolitów. Cały wachlarz przeróżnych znajdziemy w aptece. Przerobiłam kilka, najbardziej polecam tabletki musujące Litorsal, firmy Zdrowit. Mają przyjemny smak (co nie jest normą w przypadku tego rodzaju specyfików), ponadto można je bez problemu przygotować i wypić po zawodach - zajmują mało miejsca, szybko się rozpuszczają i nie trzeba ich mieszać.


3. Wybierać odpowiednią porę biegu. Nie polecam biegania w środku dnia, a już na pewno nie w pełnym słońcu. Śpiochy będą niezadowolone, ponieważ naprawdę w takie upały najlepiej biega się wcześnie rano - około godziny 5 - 6. Powietrze wtedy jest w miarę rześkie, a słońce jeszcze nie przygrzewa mocno. Kto jednak woli pospać, może wybrać leśne, zacienione dukty lub czekać do zachodu słońca - ale wówczas jest ciemno, więc zostaje bieganie po oświetlonych chodnikach. W przypadku drugiej i trzeciej opcji można przy okazji najeść się muszek i innych owadów, które również wolą las i wieczorową porę ;) 

4. Ważna jest też odpowiednia odzież. Najlepiej wybrać lekkie, luźne i przewiewne rzeczy, przeznaczone specjalnie do biegania. W każdym razie niewskazane jest zakładanie ubrań wykonanych z bawełny. Warto rozważyć założenie czapki - choć w przypadku tej części garderoby zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że chroni przed słońcem i zapobiega udarowi, inni - że ciało podczas wysiłku schładza się w dużej mierze przez głowę, a czapka to uniemożliwia. Ja wolę bez czapki, za to w cieniu :)



5. Upał to trudne warunki do biegania, a każdy trening w warunkach trudniejszych niż te, w których biega nam się komfortowo, jest mocniejszą jednostką treningową, która w przyszłości zaprocentuje, nawet jeśli dostosowując trening do warunków, skrócimy dystans lub pobiegniemy wolniejszym tempem. Podczas upału, patrzymy bardziej na tętno, a nie na tempo czy dystans. Bieganie nie ma być udręką :)

Wszystko powyższe wypróbowane na sobie i działa! Nie pozostaje nie innego, tylko buty na nogi, picie do ręki i w drogę!


środa, 30 kwietnia 2014

Biegowa majówka w górach

To już dziś! Wyjeżdżam na mój pierwszy obóz biegowy i to w górach! Nigdy w cześnie nie byłam na obozie biegowym i nigdy wcześniej nie biegałam w górach! Wyjazd organizowany przez Night Runners, więc będzie wesoło :) Bardzo się cieszę, jednocześnie jestem trochę zestresowana, ponieważ nie bardzo wiem czy zabieram wszystkie potrzebne rzeczy...

Poniżej krótka lista, jeśli komuś przyjdzie coś jeszcze do głowy, proszę pisać :)

Ubrania do biegania.


Pogoda w górach bywa kapryśna, więc biorę rzeczy na upał i na chłód oraz kurtki chroniące od wiatru i deszczu (niestety nie mam jednej, uniwersalnej). Ponadto:
- opaska w razie wiatru
- czapka z daszkiem w razie słońca
- czołówka też się przyda - przynajmniej jeden trening zaplanowany jest po zmroku (w końcu Night Runners)
- sztyft przeciwko pęcherzom oraz plastry na pęcherze

Buty do biegania w terenie.



Zakupione specjalnie na tę okazję Adidas Kanadia Trail 6. Buty trailowe przeznaczone do biegania nawet w bardzo trudnym i zróżnicowanym terenie. Dzięki zastosowanej technologii TRAXION buty zapewnią doskonałą przyczepność do każdego rodzaju podłoża. To mówi producent - zweryfikujemy :)

Last but not least: 
Plecak z bukłakiem.


Jest to nowość dla mnie. Nigdy wcześniej nie biegałam z plecakiem, więc trochę się obawiam czy będzie mi wygodnie, czy nie za bardzo będzie grzało w plecy, czy nie będzie za ciężko itp. W planach wyjazdowych jest 20 - 30 kilometrowa wycieczka biegowa, której nie wyobrażam sobie bez plecaka. Łatwy dostęp do wody, możliwość spakowania lekkiej kurtki i czegoś do jedzenia jest ważniejsze niż wygoda.

Zabieram też "zwykłe" buty do biegania, ponieważ w planach jeden trening na stadionie. Partnerem wyjazdu jest firma Agisko, która zapewni nam żele, napoje i batony energetyczne, więc takie specyfiki też będą.

Czy potrzebuję czegoś jeszcze?


niedziela, 27 kwietnia 2014

"Akcja regeneracja" część I - Przygotowania do sezonu bikini

Dopiero szczęśliwie zdążyliśmy zapomnieć o zimie, a już sezon bikini za pasem. Zarządzam więc "Akcję regeneracja"! Na pierwszy ogień idzie skóra całego ciała, o której trochę zapomniałam w okresie jesienno - zimowym. Cały rok dbałam o wydolność i kondycję, a teraz skórze należy się więcej uwagi. Suche powietrze w pomieszczeniach - jak zawsze w sezonie grzewczym, treningi w mrozie, częsta zmiana temperatury, nie służą pięknej skórze. Za oknem coraz cieplej, więc odsłaniamy jej coraz więcej, czas zadbać o poprawę jej wyglądu. 

Mój set regeneracyjny po zimie:



1. Rękawica peelingująca - działa podobnie jak peeling do ciała, ale nieco łagodniej. Można stosować codziennie, do całego ciała. Regularne złuszczanie ujędrnia skórę i poprawia jej koloryt, wspomaga działanie balsamów do ciała. Zastąpiła gąbki w łazience :)

2. Masażer H&M - codziennie przed snem traktuję nim "strategiczne" miejsca.

3. Kuracja modelująco-wyszczuplająca do ciała Collistar - krem zawiera biostymulujący czynnik aktywny wpływający na mikrokrążenie i symulujący mechanizm uciskania tkanek. Total-Slim®, opatentowany kompleks Collistar, wyszczupla oddziałując na komórki tłuszczowe i ułatwiając uwalnianie płynów z organizmu. Specjalny biopeptyd pobudza fibroblasty i przywraca skórze spoistość. Regularne stosowanie kremu niweluje obrzęki i modeluje sylwetkę. Stosuję rano i wieczorem.

4. Peeling do biustu i dekoltu Pat&Rub - łagodny kremowy peeling do wrażliwych partii ciała. W swoim składzie zawiera drobinki bambusa. Skutecznie, lecz nie podrażniając, złuszcza martwy naskórek. Oczyszcza i stymuluje regenerację. Zawarte w pilingu naturalne składniki doskonale nawilżają i odżywiają skórę. Używam 2x w tygodniu.

5. Valilla Fig Body Scrub H&M - kremowy peeling do całego ciała (obłędnie pachnie wanilią). W roli zdzieraków występują rozdrobnione łupiny orzecha włoskiego oraz pestki moreli. Zawiera masło shea i ekstrakt z jojoby. Stosuję 2x w tygodniu wymiennie z rękawicą.

Wakacje już za dwa miesiące, mam nadzieję, że zdążę ożywić moją skórę.

Macie jakieś własne sposoby na pozimowe poprawianie kondycji skóry?


sobota, 22 lutego 2014

Nike Free Run +3, czyli moje pierwsze "minimale"

Piękna wiosna tej zimy sprawiła, że już w lutym mogłam założyć lekkie buty do biegania, czyli minimalistyczne Nike Free Run (w niektórych kręgach zwane Fredami ;)). Założyłam te buty po ponad trzymiesięcznej przerwie, można powiedzieć, że odkryłam je na nowo ;) Radość podczas biegu zainspirowała mnie do napisania tego posta.

źródło: www.runnersclub.pl

Minimale to buty, które pozbawione są systemów amortyzujących oraz wspierających stopę. Mają naśladować bieganie naturalne, czyli na boso. Jedyne co w minimalach może pomagać biegaczowi to offset (lub drop), czyli różnica wysokości podeszwy pomiędzy palcami a piętą. Im mniejszy offset tym bieganie jest bardziej naturalne. Nike w swojej ofercie ma trzy typy butów minimalistycznych:
- oznaczone symbolem 3.0, w których offset jest najmniejszy - 4 mm
- wersja 4.0 - to wersja pośrednia, z offsetem 6 mm
- oraz wersja 5.0 (starsze modele +3), w których drop wynosi 8 mm
źródło: www.runnersclub.pl
Swoją przygodę z bieganiem naturalnym zaczęłam od modelu, prezentowanego na zdjęciach - Nike Free Run +3 V5, czyli takich z największym dropem. To akurat model męski, ale co zrobić... spodobały mi się :)

Kilka słów producenta o tych butach:

Buty do biegania NIKE FREE RUN+ 3
Z linii NIKE FREE, zaprojektowane z myślą o bieganiu naturalnym.
Niezwykle lekkie i bardzo elastyczne zapewniają swobodę ruchu i sprawiają wrażenie biegania boso.
Dla biegaczy neutralnych i supinacyjnych.

Cholewka:
Asymetryczny system sznurowania w celu zmniejszenia ciśnienia w górę grzbietu stopy. 
Meshowy materiał na całej konstrukcji pozwala zwiększyć wentylację.

Wkładka:
Formowana wkładka idealnie dopasowuje się do stopy. 

Podeszwa:
Łamana struktura podeszwy pozwala odwzorować ruch bosej stopy. 
Materiał Phylite w podeszwie tworzy jednoczęściową wytrzymałą i trwałą konstrukcję.
Phylite zapewnia odpowiednie wsparcie stopy przy swojej niskiej wadze.


źródło: www.runnersclub.pl

A teraz moje wrażenia :)
Przebiegłam w tych butach około 500 km. Najdłuższy dystans to około 17 km. Od razu je polubiłam. Są bardzo wygodne i lekkie, mają miękką, przewiewną cholewkę. 



Brak amortyzacji wymusza bieganie na śródstopiu. Przy próbie lądowania na piętach bolą najpierw same pięty, a później kolana. Lepiej więc nie praktykować tego :) Bieganie na śródstopiu ma tę zaletę, że niweluje skutki pronacji i supinacji. Mówić o tych przypadłościach można tylko w przypadku przetaczania stopy (lądowanie na pięcie i przetaczanie stopy do palców), skoro lądujemy na śródstopiu nie ma mowy o takim pełnym przetaczaniu.

Niestety taki sposób biegania ma też jedną wadę - na początku może boleć :) 
Do biegania na śródstopiu trzeba się przyzwyczaić... nie mówię o samej technice, ale o łydkach - to one muszą się przyzwyczaić. Podczas biegania naturalnego mięśnie łydek pracują mocniej niż zwykle. Dlatego przejście na takie bieganie należy przeprowadzić stopniowo. Na początek najlepiej wybrać buty z wyższym dropem oraz zaczynać od krótkich dystansów i zwiększać je stopniowo. Do tej pory, gdy biegam powyżej 15 km, zaczynam czuć dyskomfort spiętych łydek.

Cienka i "ponacinana" podeszwa precyzyjnie odwzorowuje ruch stopy oraz sprawia, że doskonale czuje się podłoże, co jest wielką zaletą, jednak nie polecam biegać w tych butach po ostrych kamieniach.

Podsumowując: buty są lekkie, wygodne, bieganie w nich naprawdę jest free :) Gorąco polecam. Poza tym mam bardzo przyjemnie skojarzenia z nimi - były ze mną na wakacjach.




Ktoś się skusi w tym sezonie na rozpoczęcie przygody z bieganiem naturalnym?



poniedziałek, 3 lutego 2014

Zimowy Gdańsk, biegowy Gdańsk

W miniony weekend wybrałam się nad morze. Trudno w to uwierzyć, ale to był mój pierwszy zimowy wypad nad Bałtyk. Od dawna o tym myślałam, ale jakoś się nie składało... Los sprawił, że na początku roku koleżanka wyprowadziła się do Gdańska, a ja postanowiłam ją odwiedzić. Było cudnie: babskie rozmowy, wycieczki, cudowne widoki, wino, pyszne jedzenie i oczywiście biegi :)

Podróż do Gdańska minęła dosyć szybko, mimo że z przygodami (na PKP zawsze można liczyć). Na początek opóźnienie - 20 min., a już prawie u kresu podróży, za Tczewem, na korytarzu zrobił się szum, lodzie zaczęli biegać z bagażami, mówiąc dość nerwowo, że wagon się pali... Okazało się, że to "tylko" hamulce się spaliły, jednak pociąg stanął w szczerym polu i nie było wiadomo kiedy ruszy. Na szczęście staliśmy tylko 10 minut. Ostatecznie na miejscu byłam około godziny 22. Miasta nie zobaczyłam, za to siedziałyśmy z Moniką rozmawiając i popijając wino do późnej nocy. Gdy kładłyśmy się spać, wiedziałyśmy już, że z zaplanowanego udziału w gdańskim Parkrunie raczej nic nie wyjdzie, ponieważ nie zostało nam wystarczająco dużo snu, aby wstać tak wcześnie.

W sobotę przywitał nas piękny słoneczny dzień. Zjadłyśmy śniadanie (Monika przyrządziła pyszną owsiankę ze świeżymi owocami) i poszłyśmy pobiegać. Monika mieszka 500 metrów od plaży, więc oczywiście pobiegłyśmy na nadmorską promenadę.


Pogoda była cudna: słońce i lekki mróz, do tego te widoki... Oblodzone molo, śnieżna plaża, muszelki poprzymarzane do brzegu. Było cudnie. Przebiegłyśmy około 8 km - pierwszy tak długi dystans od momentu złapania kontuzji.



Po biegu zjadłyśmy drugie śniadanie (Monia znowu dała popis w kuchni) i ruszyłyśmy do Sopotu. Przeszłyśmy się Mociakiem, poszłyśmy na sopockie molo, na którym wiał mroźny wiatr, chyba od dłuższego czasu bo na latarniach zamarzła morska bryza ;) (zdjęcie po lewej). Trochę wymarzłyśmy, więc  zanim zeszłyśmy z mola, zajrzałyśmy do eleganckiej restauracji na molo, z pięknym widokiem na morze, aby ogrzać się przy gorącej czekoladzie.


Następnie odwiedziłyśmy znajomych Moniki, którzy nakarmili nas spaghetti bolognese, ugotowanym na jednym palniku, dla ilości osób, której nie potrafię zliczyć ;) Smakowało wybornie! Późnym wieczorem wróciłyśmy do Gdańska, aby znów siedzieć przy winie i rozmowach do późna.

W niedzielny poranek scenariusz był podobny: najpierw owsianka i kawka, potem bieg. Było trochę cieplej, za to bez słońca. Pobiegłyśmy również na promenadę, tym razem na wschód. Dystans był trochę krótszy ponieważ nie chciałam forsować nogi. Po drodze spotkałyśmy kilka bałwanów, zdjęcie zrobiłyśmy sobie z najprzystojniejszym ;) 


Niestety zbliża się pora powrotu do domu. Jeszcze tylko spacer i kawka na gdańskiej starówce i do pociągu. Wszystko co dobre szybko się kończy... Na szczęście podróż powrotna bez przygód :)

Morze zimą jest piękne! Bardzo żałuję, że dopiero teraz się o tym przekonałam...

Moniu, dziękuję :*