środa, 30 kwietnia 2014

Biegowa majówka w górach

To już dziś! Wyjeżdżam na mój pierwszy obóz biegowy i to w górach! Nigdy w cześnie nie byłam na obozie biegowym i nigdy wcześniej nie biegałam w górach! Wyjazd organizowany przez Night Runners, więc będzie wesoło :) Bardzo się cieszę, jednocześnie jestem trochę zestresowana, ponieważ nie bardzo wiem czy zabieram wszystkie potrzebne rzeczy...

Poniżej krótka lista, jeśli komuś przyjdzie coś jeszcze do głowy, proszę pisać :)

Ubrania do biegania.


Pogoda w górach bywa kapryśna, więc biorę rzeczy na upał i na chłód oraz kurtki chroniące od wiatru i deszczu (niestety nie mam jednej, uniwersalnej). Ponadto:
- opaska w razie wiatru
- czapka z daszkiem w razie słońca
- czołówka też się przyda - przynajmniej jeden trening zaplanowany jest po zmroku (w końcu Night Runners)
- sztyft przeciwko pęcherzom oraz plastry na pęcherze

Buty do biegania w terenie.



Zakupione specjalnie na tę okazję Adidas Kanadia Trail 6. Buty trailowe przeznaczone do biegania nawet w bardzo trudnym i zróżnicowanym terenie. Dzięki zastosowanej technologii TRAXION buty zapewnią doskonałą przyczepność do każdego rodzaju podłoża. To mówi producent - zweryfikujemy :)

Last but not least: 
Plecak z bukłakiem.


Jest to nowość dla mnie. Nigdy wcześniej nie biegałam z plecakiem, więc trochę się obawiam czy będzie mi wygodnie, czy nie za bardzo będzie grzało w plecy, czy nie będzie za ciężko itp. W planach wyjazdowych jest 20 - 30 kilometrowa wycieczka biegowa, której nie wyobrażam sobie bez plecaka. Łatwy dostęp do wody, możliwość spakowania lekkiej kurtki i czegoś do jedzenia jest ważniejsze niż wygoda.

Zabieram też "zwykłe" buty do biegania, ponieważ w planach jeden trening na stadionie. Partnerem wyjazdu jest firma Agisko, która zapewni nam żele, napoje i batony energetyczne, więc takie specyfiki też będą.

Czy potrzebuję czegoś jeszcze?


niedziela, 27 kwietnia 2014

"Akcja regeneracja" część I - Przygotowania do sezonu bikini

Dopiero szczęśliwie zdążyliśmy zapomnieć o zimie, a już sezon bikini za pasem. Zarządzam więc "Akcję regeneracja"! Na pierwszy ogień idzie skóra całego ciała, o której trochę zapomniałam w okresie jesienno - zimowym. Cały rok dbałam o wydolność i kondycję, a teraz skórze należy się więcej uwagi. Suche powietrze w pomieszczeniach - jak zawsze w sezonie grzewczym, treningi w mrozie, częsta zmiana temperatury, nie służą pięknej skórze. Za oknem coraz cieplej, więc odsłaniamy jej coraz więcej, czas zadbać o poprawę jej wyglądu. 

Mój set regeneracyjny po zimie:



1. Rękawica peelingująca - działa podobnie jak peeling do ciała, ale nieco łagodniej. Można stosować codziennie, do całego ciała. Regularne złuszczanie ujędrnia skórę i poprawia jej koloryt, wspomaga działanie balsamów do ciała. Zastąpiła gąbki w łazience :)

2. Masażer H&M - codziennie przed snem traktuję nim "strategiczne" miejsca.

3. Kuracja modelująco-wyszczuplająca do ciała Collistar - krem zawiera biostymulujący czynnik aktywny wpływający na mikrokrążenie i symulujący mechanizm uciskania tkanek. Total-Slim®, opatentowany kompleks Collistar, wyszczupla oddziałując na komórki tłuszczowe i ułatwiając uwalnianie płynów z organizmu. Specjalny biopeptyd pobudza fibroblasty i przywraca skórze spoistość. Regularne stosowanie kremu niweluje obrzęki i modeluje sylwetkę. Stosuję rano i wieczorem.

4. Peeling do biustu i dekoltu Pat&Rub - łagodny kremowy peeling do wrażliwych partii ciała. W swoim składzie zawiera drobinki bambusa. Skutecznie, lecz nie podrażniając, złuszcza martwy naskórek. Oczyszcza i stymuluje regenerację. Zawarte w pilingu naturalne składniki doskonale nawilżają i odżywiają skórę. Używam 2x w tygodniu.

5. Valilla Fig Body Scrub H&M - kremowy peeling do całego ciała (obłędnie pachnie wanilią). W roli zdzieraków występują rozdrobnione łupiny orzecha włoskiego oraz pestki moreli. Zawiera masło shea i ekstrakt z jojoby. Stosuję 2x w tygodniu wymiennie z rękawicą.

Wakacje już za dwa miesiące, mam nadzieję, że zdążę ożywić moją skórę.

Macie jakieś własne sposoby na pozimowe poprawianie kondycji skóry?


sobota, 22 lutego 2014

Nike Free Run +3, czyli moje pierwsze "minimale"

Piękna wiosna tej zimy sprawiła, że już w lutym mogłam założyć lekkie buty do biegania, czyli minimalistyczne Nike Free Run (w niektórych kręgach zwane Fredami ;)). Założyłam te buty po ponad trzymiesięcznej przerwie, można powiedzieć, że odkryłam je na nowo ;) Radość podczas biegu zainspirowała mnie do napisania tego posta.

źródło: www.runnersclub.pl

Minimale to buty, które pozbawione są systemów amortyzujących oraz wspierających stopę. Mają naśladować bieganie naturalne, czyli na boso. Jedyne co w minimalach może pomagać biegaczowi to offset (lub drop), czyli różnica wysokości podeszwy pomiędzy palcami a piętą. Im mniejszy offset tym bieganie jest bardziej naturalne. Nike w swojej ofercie ma trzy typy butów minimalistycznych:
- oznaczone symbolem 3.0, w których offset jest najmniejszy - 4 mm
- wersja 4.0 - to wersja pośrednia, z offsetem 6 mm
- oraz wersja 5.0 (starsze modele +3), w których drop wynosi 8 mm
źródło: www.runnersclub.pl
Swoją przygodę z bieganiem naturalnym zaczęłam od modelu, prezentowanego na zdjęciach - Nike Free Run +3 V5, czyli takich z największym dropem. To akurat model męski, ale co zrobić... spodobały mi się :)

Kilka słów producenta o tych butach:

Buty do biegania NIKE FREE RUN+ 3
Z linii NIKE FREE, zaprojektowane z myślą o bieganiu naturalnym.
Niezwykle lekkie i bardzo elastyczne zapewniają swobodę ruchu i sprawiają wrażenie biegania boso.
Dla biegaczy neutralnych i supinacyjnych.

Cholewka:
Asymetryczny system sznurowania w celu zmniejszenia ciśnienia w górę grzbietu stopy. 
Meshowy materiał na całej konstrukcji pozwala zwiększyć wentylację.

Wkładka:
Formowana wkładka idealnie dopasowuje się do stopy. 

Podeszwa:
Łamana struktura podeszwy pozwala odwzorować ruch bosej stopy. 
Materiał Phylite w podeszwie tworzy jednoczęściową wytrzymałą i trwałą konstrukcję.
Phylite zapewnia odpowiednie wsparcie stopy przy swojej niskiej wadze.


źródło: www.runnersclub.pl

A teraz moje wrażenia :)
Przebiegłam w tych butach około 500 km. Najdłuższy dystans to około 17 km. Od razu je polubiłam. Są bardzo wygodne i lekkie, mają miękką, przewiewną cholewkę. 



Brak amortyzacji wymusza bieganie na śródstopiu. Przy próbie lądowania na piętach bolą najpierw same pięty, a później kolana. Lepiej więc nie praktykować tego :) Bieganie na śródstopiu ma tę zaletę, że niweluje skutki pronacji i supinacji. Mówić o tych przypadłościach można tylko w przypadku przetaczania stopy (lądowanie na pięcie i przetaczanie stopy do palców), skoro lądujemy na śródstopiu nie ma mowy o takim pełnym przetaczaniu.

Niestety taki sposób biegania ma też jedną wadę - na początku może boleć :) 
Do biegania na śródstopiu trzeba się przyzwyczaić... nie mówię o samej technice, ale o łydkach - to one muszą się przyzwyczaić. Podczas biegania naturalnego mięśnie łydek pracują mocniej niż zwykle. Dlatego przejście na takie bieganie należy przeprowadzić stopniowo. Na początek najlepiej wybrać buty z wyższym dropem oraz zaczynać od krótkich dystansów i zwiększać je stopniowo. Do tej pory, gdy biegam powyżej 15 km, zaczynam czuć dyskomfort spiętych łydek.

Cienka i "ponacinana" podeszwa precyzyjnie odwzorowuje ruch stopy oraz sprawia, że doskonale czuje się podłoże, co jest wielką zaletą, jednak nie polecam biegać w tych butach po ostrych kamieniach.

Podsumowując: buty są lekkie, wygodne, bieganie w nich naprawdę jest free :) Gorąco polecam. Poza tym mam bardzo przyjemnie skojarzenia z nimi - były ze mną na wakacjach.




Ktoś się skusi w tym sezonie na rozpoczęcie przygody z bieganiem naturalnym?



poniedziałek, 3 lutego 2014

Zimowy Gdańsk, biegowy Gdańsk

W miniony weekend wybrałam się nad morze. Trudno w to uwierzyć, ale to był mój pierwszy zimowy wypad nad Bałtyk. Od dawna o tym myślałam, ale jakoś się nie składało... Los sprawił, że na początku roku koleżanka wyprowadziła się do Gdańska, a ja postanowiłam ją odwiedzić. Było cudnie: babskie rozmowy, wycieczki, cudowne widoki, wino, pyszne jedzenie i oczywiście biegi :)

Podróż do Gdańska minęła dosyć szybko, mimo że z przygodami (na PKP zawsze można liczyć). Na początek opóźnienie - 20 min., a już prawie u kresu podróży, za Tczewem, na korytarzu zrobił się szum, lodzie zaczęli biegać z bagażami, mówiąc dość nerwowo, że wagon się pali... Okazało się, że to "tylko" hamulce się spaliły, jednak pociąg stanął w szczerym polu i nie było wiadomo kiedy ruszy. Na szczęście staliśmy tylko 10 minut. Ostatecznie na miejscu byłam około godziny 22. Miasta nie zobaczyłam, za to siedziałyśmy z Moniką rozmawiając i popijając wino do późnej nocy. Gdy kładłyśmy się spać, wiedziałyśmy już, że z zaplanowanego udziału w gdańskim Parkrunie raczej nic nie wyjdzie, ponieważ nie zostało nam wystarczająco dużo snu, aby wstać tak wcześnie.

W sobotę przywitał nas piękny słoneczny dzień. Zjadłyśmy śniadanie (Monika przyrządziła pyszną owsiankę ze świeżymi owocami) i poszłyśmy pobiegać. Monika mieszka 500 metrów od plaży, więc oczywiście pobiegłyśmy na nadmorską promenadę.


Pogoda była cudna: słońce i lekki mróz, do tego te widoki... Oblodzone molo, śnieżna plaża, muszelki poprzymarzane do brzegu. Było cudnie. Przebiegłyśmy około 8 km - pierwszy tak długi dystans od momentu złapania kontuzji.



Po biegu zjadłyśmy drugie śniadanie (Monia znowu dała popis w kuchni) i ruszyłyśmy do Sopotu. Przeszłyśmy się Mociakiem, poszłyśmy na sopockie molo, na którym wiał mroźny wiatr, chyba od dłuższego czasu bo na latarniach zamarzła morska bryza ;) (zdjęcie po lewej). Trochę wymarzłyśmy, więc  zanim zeszłyśmy z mola, zajrzałyśmy do eleganckiej restauracji na molo, z pięknym widokiem na morze, aby ogrzać się przy gorącej czekoladzie.


Następnie odwiedziłyśmy znajomych Moniki, którzy nakarmili nas spaghetti bolognese, ugotowanym na jednym palniku, dla ilości osób, której nie potrafię zliczyć ;) Smakowało wybornie! Późnym wieczorem wróciłyśmy do Gdańska, aby znów siedzieć przy winie i rozmowach do późna.

W niedzielny poranek scenariusz był podobny: najpierw owsianka i kawka, potem bieg. Było trochę cieplej, za to bez słońca. Pobiegłyśmy również na promenadę, tym razem na wschód. Dystans był trochę krótszy ponieważ nie chciałam forsować nogi. Po drodze spotkałyśmy kilka bałwanów, zdjęcie zrobiłyśmy sobie z najprzystojniejszym ;) 


Niestety zbliża się pora powrotu do domu. Jeszcze tylko spacer i kawka na gdańskiej starówce i do pociągu. Wszystko co dobre szybko się kończy... Na szczęście podróż powrotna bez przygód :)

Morze zimą jest piękne! Bardzo żałuję, że dopiero teraz się o tym przekonałam...

Moniu, dziękuję :* 


czwartek, 2 stycznia 2014

Urodzinowy bilans



Jak co roku o tej porze robię urodzinowy bilans. Ponieważ urodziny obchodzę na początku roku, mój bilans staje się jednocześnie podsumowaniem roku kalendarzowego. I dobrze, nie muszę robić dwóch podsumowań ;) 

Najpierw cele:

Na ubiegły rok postawiłam sobie kilka celów biegowych w postaci bicia życiowych rekordów na różnych dystansach. Z zadowoleniem stwierdzam, że kilka życiówek padło :) 

Był też jeden cel długofalowy: pokonanie 2013 km w 2013 roku. Tego celu nie udało mi się zrealizować, za to nauczyłam się, żeby takich celów długofalowych sobie nie stawiać, nawet jeśli wydają się możliwe do spełnienia, ponieważ nie wszystko da się przewidzieć (o tym później). Ostatecznie przebiegłam 1571 km. 



Porównując do roku 2012, w którym przebiegłam około 800 km (zaczęłam biegać w marcu 2012), jest progres, oby był taki nadal to będę szczęśliwa :)

Celem niezwiązanym z bieganiem był powrót do regularnej nauki języka hiszpańskiego. Hmmm może przełożę ten cel na obecny rok... Kolejnym był powrót do regularnego praktykowania jogi i ten cel został zrealizowany. W 2014 joga będzie mi nadal towarzyszyć.

Jak minął ostatni rok:

1. Ukończyłam trzy półmaratony, cztery biegi na 10 km oraz kilka zawodów na krótszych dystansach. Bardzo ciekawym doświadczeniem był udział w sztafecie maratońskiej Ekiden.

2. W lutym zaczęłam pisać bloga!

3. W kwietniu zwiedziłam Mediolan, częściowo w biegu :) 

4. W maju zwiedziłam Majorkę i zaliczyłam pierwszy zagraniczny start w zawodach (na 7,5 km). 

5. Wyhodowałam anemię i szczęśliwie po 6 miesiącach leczenia pożegnałam niechcianą towarzyszkę, która przyczyniła się do niezrealizowania celu 2013 km w 2013 roku.

6. Na przełomie czerwca i lipca zmieniłam pracę z dobrej na lepszą :)

7. We wrześniu byłam świadkiem na ślubie brata i zyskałam siostrę!



8. W październiku wróciłam na Majorkę, aby ustanowić nowy PB w półmaratonie. Tydzień później złapałam kontuzję, którą leczę już trzeci miesiąc, i która to ostatecznie położyła mój cel 2013 km w 2013 roku.

9. W najbardziej depresyjnym miesiącu - listopadzie odpoczywałam od biegania i zrobiłam kilka dobrych rzeczy dla siebie. Oprócz sprawieniu sobie kilku przyjemności, postanowiłam zadbać o zdrowie. Zrobiłam podstawowe badania, na szczęście jestem zdrowa. Spotkałam się również z dietetyczką, która pokazała mi moje błędy żywieniowe oraz sprowadziła mnie na właściwą ścieżkę. Mam nadzieję, że dzięki temu zapomnę o kontuzjach, anemiach, wypadaniu włosów, chorobach i innych nieprzyjemnościach. Dzięki temu listopad 2013 w najmniejszym stopniu nie był depresyjny, zamierzam więc kontynuować tradycję listopadowego dbania o siebie w kolejnych latach.

10. W grudniu powróciłam do biegania. Póki co wolne tempo i krótkie dystanse, ale czuję, że jest coraz lepiej.

Odnoszę wrażenie, że działo się więcej niż zwykle, z czego bardzo się cieszę - lubię gdy się dzieje :) Miniony rok w pigułce ładnie pokazał Facebook tutaj.

Na 2014 mam jeden bardzo ważny cel, o którym nie chcę teraz pisać, żeby nie zapeszyć. Na wiosnę okaże się czy damy radę w tym roku, czy trzeba będzie przełożyć na kolejny. Bardzo proszę o kciuki, żeby udało się w tym :)

Na koniec muszę się pochwalić prezentem urodzinowym od małżonka, którym sprawił mi ogromną radość! 



Jest to czytnik ebooków. Może pomieścić ponad 1000 książek, jest mały, lekki i poręczny, więc całą bibliotekę mogę mieć zawsze przy sobie! Dziękuję Najdroższy :*



sobota, 16 listopada 2013

TUI Półmaraton - Palma de Mallorca

Dziś, przy szklance soku wyciśniętego z cytrusów, usiadłam do spisania wspomnień ze wspaniałego biegu - 10. TUI Półmaratonu na Majorce. Od biegu minął już prawie miesiąc, być może relację z wydarzenia powinno się pisać na gorąco, czyli jak najszybciej po nim, jednak ja lubię robić to dopiero po jakimś czasie. Dzięki temu mogę wrócić myślami, aby przeżyć coś ponownie :)


Półmaraton ten był dla mnie drugim zagranicznym startem (o pierwszym pisałam tutaj), pierwszym zagranicznym półmaratonem i trzecim półmaratonem w ogóle. Odbył się w niedzielę, 20.10.2013. Równolegle tego dnia był bieg na dystansie maratońskim oraz na 10 km. Cały weekend w Palmie był bardzo sportowy: w piątek były zawody nordic walking na dystansie 10 km, a w sobotę zostały zorganizowane biegi dla dzieci. W tym czasie wystartowało łącznie ponad 11.000 osób - była to największa impreza biegowa w jakiej do tej pory wzięłam udział.

Przylecieliśmy do Palmy w piątek w okolicach południa. Po wyjściu z samolotu zauważyliśmy, że oprócz zmiany miejsca, zmieliliśmy też porę roku - ponownie jest lato... To zapowiadało, że bieg do łatwych należał nie będzie :)


Kto biega ten wie, jak się biega w takich temperaturach. W dodatku profil trasy zdradzał liczne podbiegi. Na powyższym zdjęciu widać nachylenie ulicy, dodam że w Palmie większość ulic tak wygląda. Czy zaczynamy żałować, że przyjechaliśmy tu na bieg? Zamiast o tym myśleć, poszliśmy odebrać pakiety startowe, a później na sangrię i lokalne specjały :)


W pakiecie były ulotki, archiwalne numery czasopisma "Distance Running", kupon na pasta party oraz koszulki techniczne. Całość zapakowana w tekstylny worek z logo biegu oraz sponsorów.


Miasteczko biegowe zlokalizowane było przy przepięknej gotyckiej katedrze La Seu. Były tam targi, biuro zawodów, szatnie, natryski, pasta party, miejsce regeneracji dla biegaczy po biegu. W pobliżu katedry był start oraz meta, także trasa biegła częściowo przy samej katedrze.

Następnego dnia, czyli w sobotę postanowiliśmy iść na plażę, w końcu nie samym biegiem człowiek żyje ;) Wieczorem zrobiliśmy sobie rozbieganie, około 5 km, zakończone na pasta party. Z powodu upału biegło mi się bardzo źle, zaczęłam poważnie wątpić w to czy uda mi się przebiec półmaraton w limicie czasu. Zaczęłam się też bać o Macieja, który miał debiutować w maratonie (ponad 42 km).



Czas wrócić do hotelu, przygotować wszystko na bieg i spróbować zasnąć.

W niedzielę wstaliśmy około 6.00, zjedliśmy lekkie śniadanie i wyruszyliśmy truchtem na start (mieliśmy około 3 km). Na dworze było około 20 stopni, niebo było zachmurzone, co nas ucieszyło. Radość ta nie trwała długo, ale o tym później :) Dotarliśmy na start, oddaliśmy rzeczy do depozytu i poszliśmy ustawić się w naszych strefach startowych.


Start każdego z biegów odbywał się w 10-cio minutowych odstępach, w kolejności: maraton godzina 9.00, 10 km godzina 9.10, półmaraton godzina 9.20. Każdy z biegów miał przydzieloną strefę startową wg kolejności startu, dlatego musieliśmy się rozdzielić, aby każdy ustawił się we właściwej strefie. Przyznam, że zrobiło mi się smutno, gdy zostałam sama. Pierwszy raz stałam sama (bez nikogo znajomego) na starcie. Dziwne uczucie, na szczęście trwało krótko ponieważ na mniej więcej 5 minut przed pierwszym startem zaczęła się prawdziwa fiesta. Głośno grała muzyka, ludzie zaczęli tańczyć, klaskać, po prostu bawić się. Nie sposób nie poddać się takim emocjom. Im bliżej startu tym większa zabawa :) Czas do startu minął szybko i przyjemnie, nie czułam takiego napięcia jak zwykle. Przestałam też myśleć o tym czy dam radę i czy zmieszczę się w limicie czasu.

Ruszyliśmy, a gdy mijaliśmy linię startu strzelało w nas confetti :)


Pierwsza część trasy była nawet przyjemna, płaska i biegło mi się nadzwyczaj dobrze. Ruszyliśmy wybrzeżem na południowy zachód, biegliśmy nieco ponad 5 km, tutaj pojawiły się pierwsze podbiegi. Nie byłam jeszcze zmęczona, więc nie odczułam ich za bardzo, za to na zbiegach udało mi się ładnie przyspieszyć. Po 5 km zawróciliśmy i biegliśmy z powrotem do Palmy. Czas miałam bardzo dobry, formę też, czułam, że mogę zrobić życiówkę, a może nawet złamać 2h. Ta euforia nie trwała długo ponieważ wyszło słońce i zrobił się nieznośny upał. Na szczęście punkty odżywcze były rozmieszczone co ok. 3 km, a woda była podawana w małych butelkach, można więc było wygodnie napić się podczas biegu oraz biec z butelką w ręce, aby mieć możliwość napicia się w dowolnym momencie. Na co drugim punkcie oprócz wody był izotonik, banany oraz jabłka.

Druga część półmaratonu wyznaczona była uliczkami Palmy. Tutaj już nie było płaskiego odcinka. Biegliśmy około 10 km ciągle z góry i na dół. Było naprawdę bardzo ciężko - podbiegi połączone z upałem to zdecydowanie nie jest idealne połączenie dla biegaczy, zwłaszcza tych z północy ;)

Aby umilić nam zmagania, na trasie było mnóstwo atrakcji: zespoły taneczne, akrobatyczne, zespoły rockowe, a nawet flamenco i mariachi w oryginalnych strojach.



Po 15 km byłam wykończona. Tempo spadło, wiedziałam już, że o złamaniu 2h mogę zapomnieć. Znając profil trasy wiedziałam, że od mniej więcej 16 km powinno być trochę z górki. Jeszcze trochę, dasz radę, zaraz będzie łatwiej! - takie myśli chodziły mi po głowie. Faktycznie zrobiło się trochę łatwiej, ale to nie był koniec podbiegów - były nadal tyle, że mniejsze. Na ostatnie 2 km wybiegliśmy z centrum Palmy, wróciliśmy na obwodnicę, tutaj nastąpiło rozdzielenie tras półmaratonu i maratonu. Pierwszy skręcał w prawo, a drugi w lewo i biegł 10 km wybrzeżem na wschód i z powrotem). 
Jak ja się cieszyłam, że meta już niedaleko. Jest! Już ją widzę! Było z górki, więc przyspieszyłam, jaka radość (zawsze tak mam gdy widzę metę). Jednak im bardziej zbliżam się do mety, tym bardziej wydaje mi się, że w nią nie trafię, bo jakoś tak coraz bardziej ucieka na prawo... Po chwili widzę znak, że do mety trzeba biec jeszcze 200 metrów, następnie zawrócić i biec kolejne 200 metrów. CO?! Meta była tuż, przecież już finiszowałam resztkami sił, a teraz mam biec jeszcze 400 metrów? Aha, teraz biegnę z górki, a to oznacza, że po nawrotce do mety będę biegła pod górkę! Jak to?! A no tak to... taka niespodzianka na koniec. Zdarzały mi się już w biegach "oszukane mety", ale ta zdecydowanie wygrywa! To była przeoszukana meta :) Ale udało się, ukończyłam w czasie 2:05:29, poprawiłam życiówkę o 5 minut! 

Po przekroczeniu mety czułam, że jest jakoś inaczej, nie tak fajnie jak zawsze. Chwilę mi zajęło zanim zorientowałam się o co chodzi... Po prostu byłam sama, żadnych znajomych ani rodziny, nie miałam z kim się cieszyć. Cóż, poszłam się napić, najeść, zmienić Pegasusy na klapki i wróciłam na trasę aby schować się w cieniu palmy i czekać na Macieja.

Jest! Biegnie! Hura! Pobiegnę z nim do mety! Niestety w klapkach nie wyszła mi ta sztuka ;) Nie spodziewałam się, że Maciej będzie miał tyle siły, i że pobiegnie tak szybko. Później okazało się, że jak próbowałam go dogonić, myślał, że ktoś chce go wyprzedzić i przyspieszał :) Widział metę, nie zdążyłam mu powiedzieć, że to "fatamorgana". Odczucia miał dokładnie takie jak ja ;)

Maciejowi też poszło pięknie. Debiut w maratonie, w takich warunkach i na takiej trasie zakończony czasem 3:49:35. W nagrodę mamy medale z grawerem!



Na zakończenie dnia cudowna sprawa: relaks na plaży i kąpiel w słonej wodzie. Nazajutrz w ogóle nie czuliśmy w nogach tego biegu. Szkoda, że po każdym tak nie można :)


Podsumowując: pogoda i trasa wymagające, ale bieg był świetnie zorganizowany, przepiękne widoki na trasie, wspaniała impreza, fantastyczny weekend. Niezapomniane wrażenia, cudne wspomnienia. Gorąco polecam! Na Majorkę bardzo łatwo dostać się z Poznania. Loty odbywają się w poniedziałki i piątki, czyli idealnie :) Może w przyszłym roku wrócimy większą ekipą? Różne dystanse, każdy znajdzie coś dla siebie. Ktoś chętny?

Moja trasa z lotu ptaka :)


Profil trasy.


Ach... miło było powspominać :)



piątek, 1 listopada 2013

Zupa krem z dyni

Już po Halloween, więc lampiony z dyń się nie przydadzą, można je zatem zjeść ;) Wydrążony środek pozwoli zaoszczędzić sporo czasu przy obróbce dyni, więc do dzieła! 





Główne składniki zupy oczywiście znajdują się na liście produktów strukturalnych. Gwiazdki (od 1 do 5) określają znaczenie produktów dla procesów wzmacniania, regeneracji i odnowy tkanek. Im więcej gwiazdek, tym większa wartość pokarmu w przeciwdziałaniu procesom starzenia oraz wspomagania procesów regeneracji.

Składniki (dla czterech osób):
- około 1 kg dyni ****, najlepiej piżmowej
- 3-4 ziemniaki ***
- 2 marchewki ****
- 1 cebula ***
- 3 ząbki czosnku ****
- 100 g boczku wędzonego (opcjonalnie)
- 2 kromki pełnoziarnistego pieczywa razowego ***
- 2 łyżki prażonych ziaren słonecznika *****
- 25 ml śmietanki (opcjonalnie)
- 2 łyżki oliwy z oliwek ****
- przyprawy (pieprz, sól morska, imbir, gałka muszkatołowa) - do smaku

Przygotowanie:
Rozkroić dynię, wydrążyć, pokroić w kostkę (bez skórki). Marchewkę i ziemniaki również obrać i pokroić na kawałki (nie muszą być małe), czosnek obrać, cebulę posiekać.

W garnku rozgrzać oliwę z oliwek, zeszklić na niej cebulę. Dodać do garnka pokrojone warzywa, zalać wodą (tak aby warzywa były przykryte), posolić oraz gotować do miękkości.

W czasie gotowania warzyw, przygotować dodatki: wrzucić słonecznik na suchą patelnię, prużyć przez chwilę cały czas mieszając, aby nie przypalić. Przesypać słonecznik na talerzyk i na tej samej patelni przyrumienić boczek. Zdjąć boczek z patelni i wrzucić na nią pokrojony w kostkę chleb, również go zrumienić i zdjąć z patelni żeby się nie przypiekł za bardzo.

Warzywa po ugotowaniu zmiksować blenderem. Jeśli krem jest za gęsty można dolać trochę wody lub śmietany. 

Doprawić do smaku, przelać do miseczek. Na wierzchu ułożyć grzanki, boczek, całość posypać prażonym słonecznikiem.  


Z wykorzystaniem lampionów to był oczywiście żart. Nie ma tak łatwo :)


Warzywa nie muszą być pokrojone zbyt drobno

Krem z dyni gotowy!

Nie wyrzucajcie pestek! Można je oczyścić, wysuszyć, a potem zjeść :)